Kuchnia oswojona, znana, ale wciąż stawiająca wyzwania. Czasami banalna aż strach, czasami skomplikowana na własne życzenie.
Kategorie: Wszystkie | Deser | Dodatek | Jednogarnkowo | Kolacje | Obiady | Podróże | Sałatka | Zupy | Śniadania
RSS
poniedziałek, 02 lipca 2012
Gruss Gott, czyli Wiedeń od kuchni.

Spędziłam niedawno weekend w Wiedniu i muszę powiedzieć, że byłam niezwykle przyjemnie zaskoczona. Co prawda nie cenami, te dość wysokie. Ale co za obsługa! W każdej restauracji/kawiarni/piwiarni, którą odwiedziłyśmy, witano się z nami właśnie "Gruss Gott" czyli naszym "Szczęść Boże". Staromodne to, ale urocze. Kelnerzy byli bez wyjątku przemili i nawet nie krzywili się słysząc moje próby porozumienia się w języku Beethovena, czyli wyrozumiali są (po niemiecku nie mówiłam hoho i wstyd się przyznać...).

Plachutta to mała sieć austriackich restauracji, bazujących na tradycyjnej kuchni wiedeńskiej. Ich specjalnością jest Tafelspitz - gotowana wołowina, ulubione danie Franciszka Józefa. O mało co się nie skusiłam, ale wieczór był tak ciepły, że postawiłam na inne typowo wiedeńskie danie. Zwiebelrostbraten to stek wołowy, dekorowany smażoną cebulką i podawany z pieczonymi ziemniaczkami. Wersja Plachutty rozpływała się w ustach, cebulka była chrupiąca i słodkawa, a pieczone ziemniaczki znakomicie komponowały się z całym daniem. W ramach witamin - ogóreczek :) Jeżeli będziecie w mieście - wybierzcie się do jednej z restauracji tej sieci, nie pożałujecie. Obiad to koszt ok. 20 EUR.

Następny dzień rozpoczęłyśmy najpopularniejszym typem kawy, czyli Melange. Połączenie Mokki i gorącego mleka bardzo mi smawało.

A jak Wiedeń, to oczywiście Wienerschnitzel. Udało nam się znaleźć miejsce na uboczu szlaku turystycznego, w którym przesiedziałyśmy dobre kilka godzin. Piwo było niezłe, jedzenie - boskie.

A na deser - Sacherdort, obowiązkowo.

Ostatniego dnia, spacerując w okolicach Dunaju, trafiłyśmy do lokalnej restauracji, w której wzbudziłyśmy uśmiech prosząc o angielskie menu. Nie posiadali :) W związku z czym metodą prób i błędów wybrałam wołowinę ala Esterhazy, która bardzo mi smakowała. Pieczeń wołowa duszona w marchwii, selerze i kaparach to bardzo dobry pomysł. I pieczone ziemniaczki.

Ich liebe dich, Osterreich.

 

piątek, 25 maja 2012
Festiwal Szparagów... i lody szparagowe!

Festiwal Szparagów to pomysł, zgodnie z którym kilka restauracji w Czechach przygotowuje trzydaniowe menu z wykorzystaniem szparagów. Wszystkie menu kosztowały tym razem 290 kc (niewygórowana cena, biorąc pod uwagę składniki). Z okazji wizyty duetu Gosiek na weekend majowy, postanowiłyśmy się wybrać do przybytku de luxe - nasz wybór padł na restaurację Amade w Pradze.

Restauracja jak widać bardzo przyjemna. Jedynym minusem było to, że byłyśmy jedynymi gośćmi. Ale przynajmniej miałyśmy dla siebie całą uwagę obsługi, a dania wjeżdżały na stół punktualnie. Menu wyglądało następująco:

Zupa szparagowa była bardzo dobra - kremowa, delikatna, ponadto kocham estragon...

Danie główne: królik na sosie soczewicowym, z sosem szparagowym i pesto z czosnku niedźwiedziego. Mięso było nieco suche, ale w smaku bardzo delikatne. Sos soczewicowy to w zasadzie puree z czerwonej soczewicy, która była wymieszana z łuskami groszku cukrowego. Bardzo smakowita kombinacja. Pesto było niewiele, ale o interesującym, delikatnie czosnkowym smaku. Sos szparagowy pycha. Porcje były w sam raz na delektowanie się nimi.

A na koniec objawienie wieczoru - lody szparagowe. Lekko wytrawny, ale słodkawy smak, przełamany gęstym balsamico oraz zmrożonymi truskawkami. Przemiły kelner zdradził mi przepis na lody: bazą są dobre lody waniliowe. Ze szparagów, wanilii i cukru gotuje się w śmietance esencję, którą następnie przeciera się przez drobne sitko, chłodzi, miesza z lodami i mrozi. Smak był genialny, moje wyrazy uznania dla kucharza.

 

Wniosek jest następujący: degustujmy, kosztujmy, bawmy się smakami! Mnie czeka w ten weekend jeszcze Prague Food Festival, gdzie wystawią się najlepsze restauracje Republiki, i gdzie mam nadzieję poszaleć :)

niedziela, 29 kwietnia 2012
Wspomnienia z podróży... Singapur

Strasznie dawno się nie pojawiałam! Moją wymówką jest marzec spędzony na wojażach, a kwiecień na nadrabianiu zaległości. Ale pora podzielić się dokumentacją fotograficzną, więc o to i ona.

Moja marcowa podróż do Azji była dość krótka, dzień w Singapurze i dwa tygodnie na Bali. Na początek: to, co zdążyłam spróbować w Singapurze.

Po 13 godzinach podroży nie chce się aż tak jeść, ale nie mogłam nie dać ujścia mojej kulinarnej ciekawości. Wędrując wieczorem po mieście zrozumiałam dwie rzeczy: 1)jeść można wszędzie i wszystko, 2) o ile człowiek przygotowany do tłoku. Najpopularniejsze jadłodajnie znajdują się bowiem na chodnikach. Chodzi się... zgadliście, ulicami.

Jedna z typowych jadłodajni Singapuru.

Współtowarzysze posiłku.

 

Przed jedzeniem można sobie poczytać.

Laksa - jedno z najsłynniejszych dań Singapuru. Kokosowa zupa z nudlami, smażonym tofu, omletem, małzami i jajkiem. W łyżce widać ostry sambal, po którego dodaniu kryptoreklamowany napój okazał się być niezastąpiony. A pałeczki dopasowane kolorystycznie do talerza rozczuliły mnie kompletnie :)

Deser w samoobslugowym barze z lodami jogurtowymi. Do wyboru jest 6 smaków jogurtu (m.in. przepyszny i czerwony velvet) oraz lada z dodatkami. U mnie jak widać królują owoce, chociaż nie mogłam się oprzeć oreo :)

Śniadanie po hindusku. Zaraz koło hotelu ulokowana była jedna z niezliczonych knajpek hinduskich. Nic dziwnego, skoro Little India jest zaledwie kilka kroków dalej. Poprosiłam o przyniesienie mi czegoś dobrego :) i dostałam ten oto serowy placek smażony na głębokim tłuszczu, czyli cheese prata. Dodatkiem jest ostry sos curry, który pięknie pasował do tego dosyć tłustego śniadania, podobnie jak przesłodzona kawa. Ale dzięki temu idealnie wtopiłam się w tłum biesiadujących w niedzielny poranek mieszkańców.

 

I tutaj ważna uwaga - po żadnym z powyższych posiłków nie rozchorowałam się. Chociaż widząc małże w swojej zupie miałam lekkie obawy :) Wydaje mi się, że orientowanie się na miejsca zapełnione tambylcami jest najrozsądniejsze. I niech zyją przygody, zwłaszcza kulinarne!

To be continued...

sobota, 29 października 2011
Paryż - volume2

Zdjęcia wrzucam głównie z uwagi na pomysły na podanie jedzenia - bo w tej dziedzinie mam jeszcze dużo do douczenia się :)

1. Kolacja firmowa na barce zacumowanej pod wieżą Eiffla:

Alternatywna wersja caprese: pomidor podany na bazyliowej galaretce z pianą z mozarelli. Fajnie wyglądało, ale w smaku - niestety, pomidor za zimny, piana trochę za delikatna w smaku, galaretka wyglądała trochę podejrzanie :)

Danie główne - filet z łososia na szalotkach i fenkule, posypany kolendrą. Pycha :)

Na deser mascarponowo-truskawkowa wariacja ala tiramisu. Nie jestem fanką słodkości, ale zjadłam połowę, zanim zorientowałam się, że trzeba by zrobić zdjęcie :)

 

2. Sobotnia kolacja w okoliach Saint Germaine, kuchnia włoska. Przemiły szef kucharz Iwan, który doradził co wybrać, przynosił na spróbowanie co bardziej egzotyczne składniki (np. coś, co google nazywa dry mullet roe, czy też Bottarga. Bardzo rybne w smaku, ale interesujące. Jeżeli ktoś ma pomysł, jak to nazwać po polsku, niech da znać!).

Ja wybrałam paccheri z sosem pomidorowym i krabim mięsem. Rewelacja. Proste, ale przemyślane danie, perfekcyjnie przygotowane.

A na deser brzoskwinia w sosie waniliowym i lody pistacjowe. Rozpusta...

 

poniedziałek, 24 października 2011
Wspomnienia z Paryża

Podróż zakończona, ale pozostało kilka wspomnień, którymi chciałam się podzelić. Jak się okazuje, 10% zrobionych przeze mnie zdjęć wpada w kategorię kulinarnych. Nienajgorzej :)

Tak więc po kolei:

Paryż i Francja kojarzą się ze ślimakami i żabimi udkami. Tych drugich nie miałam jeszcze okazji próbować, ale na drugiej kolacji w porządnej Brasserie w okolicach Trocadero musiałam zamówić ślimaki :)

Które dosyć szybko się skończyły. Ze ślimakami nie mam problemu, smakują w sumie jak małże, które też uwielbiam, ale chyba najlepsze jest wybieranie bagietką tego pietruszkowego masła...

Moja koleżanka V z odwagą spróbowała jednego ślimaka, ale było to jednak ponad jej siły. Na przystawkę zamówiła smażone kalmary z sosem tatarskim:

Następnie postawiono przed nami jeden z najbardziej miękkich steków jakie miałam okazję jeść. Mój przynajmniej taki był, bo V. wybrała swój wysmażony, ale każdy wybiera wg swojego gustu. Podany z sosem z szalotek (tak naprawdę uduszonych i utopionych w maśle). I świeżymi, smażonymi warzywami.

I jak tu nie kochać tego kraju... Nawet przy braku czosnku.

Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarnej blogosfery