Kuchnia oswojona, znana, ale wciąż stawiająca wyzwania. Czasami banalna aż strach, czasami skomplikowana na własne życzenie.
Kategorie: Wszystkie | Deser | Dodatek | Jednogarnkowo | Kolacje | Obiady | Podróże | Sałatka | Zupy | Śniadania
RSS
środa, 06 lipca 2011
Krem kalarepowo-cukiniowy

Pogoda taka ostatnio, że chęć bierze na nieco ciepłego. Ale z rodzaju dań lżejszych. I gotowych za chwilę, bo już czuję, że głodnieję, a stan może się tylko pogorszyć.

Rzuciłam więc okiem do lodówki, a tam takie piękności! Jak dla mnie połowa zabawy z gotowania to produkty wyjściowe - czasami aż szkoda je zużywać.

Przedstawiam kalarepę w odmianie fioletowej, cukinię i czerwoną młodą cebulkę.

Kalarepę obrałam, następnie razem z cukinią pokroiłam w plastry, cebulę zostawiłam w całości. Wyglądało to mniej więcej tak:

Następnie gotowałam ok. 30 min na małym gazie, razem z kostką rosołową (wiem, wiem, ale nie dorosłam chyba jeszcze do mrożenia bulionu na takie okazje, obiecuję poprawę...) do zupełnego zmięknięcia kalarepy. Gotową zupę zmiksowałam, dodałam trochę jogurtu do smaku (lubię bardziej kwaskowaty posmak), posoliłam, popieprzyłam ... voila! Zupa jak marzenie :)

Z uwag dla potomności:

    • należy pamiętać, żeby kalarepę obrać porządnie. Wypluwanie twardych pozostałości skórki nie jest zbytnio wytworne.
    • można wyciągnąć przed zmiksowaniem kilka kawałków kalarepki i i pokrojone dorzucić do zupy po zmiksowaniu. Najlepiej chyba zrobić to ok. 15 min od początku gotowania, cukinię można spokojnie zostawić - i tak zmięknie, więc z różnicy faktur nici.
    • chodzi mi po głowie wersja fioletowo-zielona zupy. Odzwierciedlająca składniki. Następnym razem zmiksuję chyba część zupy z odrobiną soku z buraków, zrobię wzorki... to chyba mogłoby zadziałać! Dam znać.
 
Pesto i ja

Wpis planowany na wczoraj - ale zdradził mnie internet. Czasami wydaje mi się, że żyje własnym życiem, szkoda tylko, że przez to komplikuje i moje. No nic, w takim razie dzisiaj będą wpisy dwa.

Mieszkając samemu trzeba stawiać czoła ciężkim wyzwaniom. Głównie - jak zaplanować sobie posiłki tak, żeby nie jeść tego samego przez tydzień? Albo - jeżeli mamy już na coś ochotę, a wymaga to składnika, który da się kupić tylko w opakowaniu zbiorczym, to czy ma sens otwierać je i potencjalnie marnować dla jednego posiłku? Oczywiście że tak... A potem następuje test na kreatywność - na ile sposobów można spożytkować dany składnik. I wtedy zaczyna się zabawa :)

Tak było z pesto. Awaryjny słoiczek zawsze stoji w lodówce i w ubiegłym tygodniu naruszyłam go dla makaronu z pesto. No ale jeżeli już jest otwarty, to należałoby podążąc tym szlakiem. Pesto wylądowało więc także w bardzo dobrej zupie brokułowo - kalafiorowej (musicie uwierzyć na słowo, zdjęć nie zdołałam zrobić, robi się banalnie, gdyby ktoś chciał przepis...). A teraz zastąpił marynatę do indyka i zadanie wykonał wyśmienicie.

Pomysł jest banalny - nasmarować mięso pesto i zostawić do przegryzienia się. Kiedyś też wymieszałam z pesto surowego kurczaka i ziemniaki, wszystko to wrzuciłam do nagrzanego piekarnika i zostawiłam na godzinę aż się nie upiekło. Ta wersja była nawet lepsza od wczorajszej, ale przy braku piekarnika... wicie, rozumicie.

Tak więc gotowy obiad wyglądał tak (trochę zaparowany):

Mięso było soczyste, z bardzo fajnym posmakiem bazylii. Kukurydza gotowana w wodzie z mlekiem i cukrem - przepysznie słodka. A ziemniaki... poezja! Młode smakują mi najbardziej, stare - tylko w najlepszym puree na świecie, które opiszę jeszcze kiedyś!

Dalsze pomysły na pesto mile widziane, pół słoiczka jeszcze stoi... ;-)

I jeszcze zdjęcie kukurydzy, bo taka ładna w liściach była...

niedziela, 03 lipca 2011
Lipcowy pstrąg

Czy może być coś lepszego niż świeża ryba? Zwłaszcza jeżeli mili panowie sprzedawcy wypatroszą ją za mnie? Ja sama patroszyłam rybę tylko raz w życiu, na wakacjach w Chorwacji, gdzie nie przyszło mi na myśl, żeby o to poprosić... Ale każde doświadczenie jest cenne.

Pstrąga nadziałam świeżym masłem wymieszanym z ząbkiem czosnku (wspominałam już, że uwielbiam czosnek?) i koperkiem. Do tego doszły dwa plasterki cytryny. I tak nafaszerowana powędrowała na 4 godziny do lodówki.

 

A potem pozostało tylko usmażyć ją obtoczoną w mące na patelni... ugotować młode ziemniaczki... i wymieszać sałatę z jogurtową mizerią... prawda, że wygląda smacznie?

 

sobota, 02 lipca 2011
Do you falafel?

Bo ja jak najbardziej. Przyznam się na samym początku - nie namaczam. Chodzi mi tutaj o ziarna ciecierzycy :) Rzadko kiedy planuję posiłki z dużym wyprzedzeniem, w większości przypadków mam po prostu danego dnia smaka na konkretne coś niecoś. W przypadku falafela zbawieniem okazuje się być ciecierzyca w puszce - tania, zawsze gotowa do wykorzystania. A inspiracją tegorazową - kolendra i pietruszka nabyte drogą kupna na pobliskim targu.

 

Falafel pierwszy raz przygotowałam na początku tego roku, po przeczytaniu felietonu Agnieszki Kręglickiej w Wysokich Obcasach o izraelskim śniadaniu. I to było objawienie! Przygotowany własnoręcznie jest aromatyczny, pełen ziół, soczysty. Moi znajomi uważają tak samo i regularnie domagają się powtórki z rozrywki. A co ważne, falafel przygotowuje się błyskawicznie, jest więc jak dla mnie świetnym pomysłem na poczęstunek imprezowy.

Proporcje orientacyjne na ok. 15 placuszków:

  • 2 puszki ciecierzycy
  • pęczek pietruszki
  • pęczek mięty
  • pęczek kolendry
  • 2 jajka
  • 3 łyżki mąki
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 żółta cebula
  • kumin do smaku
  • sól/pieprz do smaku

Na początku miksujemy cebulę i czosnek na gładką masę. Potem miksujemy zioła - same liście (sprawdziłam, łodygi nie miksują się idealnie i potem trzeba je wybierać z masy, no chyba, że winny jest tu mój mikser...). Następnie dodajemy opłukaną i rozgniecioną widelcem ciecierzycę (nie musi być na drobną miazgę, fajnie jest potem wyczuwać ziarna w gotowym falafelu). Na końcu do masy wędrują jajka, przyprawy (kuminu sypiemy szczodrze) i mąka.

Masa powinna minimum godzinę przegryźć się w lodówce. Potem formujemy z niej małe placuszki i na głębokim oleju smażymy na złoto. Ja podałam tym razem falafele na liściach sałaty z sosem z jogurtu i kolendry. Poezja :) Smacznego!

niedziela, 26 czerwca 2011
O mnie

Dlaczego zdecydowałam się na blog? Pomysł świtał od dawna, a tegoroczny prezent urodzinowy (aparat) pomoże mi podzielić się tym, co przygotowuję w swojej kuchni. Nie jestem w stanie przekazać tak zapachów, ale przynajmniej zdjęcia będą wyraźne :)
Tak więc słowem wstępu: na imię mam Aga. Gotuję od kiedy pamiętam, a inspiracją byli przede wszystkim moi rodzice - oboje świetni kucharze-amatorzy. Chcę podzielić się z Wami moimi pomysłami, porażkami i sukcesami kuchennymi. I nauczyć się równie wiele ;) Smacznego!

Tagi: personalne
17:59, frillia
Link Dodaj komentarz »
Pierwszy wpis i przepis

Sobota to dzień targowy. Tradycyjnie kupuję więcej, niż powinnam - widok tych wszystkich świeżych warzyw, owoców i ziół miesza mi w głowie, racjonalizm ucieka, do momentu, kiedy w portfelu pojawia się dno... Zakupy w markecie może byłyby tańsze, ale czy sprawią tyle przyjemności?

Ale do rzeczy. Już rano szukałam inspiracji na dzisiejszy obiad. Wiedziałam, że nie oprę się kalafiorowi (moje ukochane letnie warzywo), ale nie miałam ochoty na tradycyjny zestaw z jajkiem. W dawno nie przeglądanej książeczce (małej rozmiarowo, bo nie jeżeli chodzi o treść) Easy Curries, znalezionej kiedyś w M&S, znalazłam przepis na hinduskie Wegetariańskie Curry.

Kalafior oczywiście na targu był. Do tego znalazłam malutkie, młode brokuły. I bosko pachnącą kolendrę, która musiała znaleźć się w tym daniu.

Przepis różni się nieco od wersji oryginalnej, w której uwzględnione były ziemniaki (zasadniczo unikam), pasternak, bakłażan (nieobecne na targu) oraz pieczarki (zapomniałam...). Dorzuciłam natomiast warzywa, które i tak poniewierały się w lodówce. Bo jeżeli poszczególne składniki są jadalne, to całość nie może być gorsza, co nie??

Przepis na mniej więcej cztery porcje:

  • Cebula pokrojona na ósemki
  • Pół kalafiora (różyczki)
  • 2 marchewki (plastry)
  • papryka żółta i zielona (paski)
  • cukinia (plastry)
  • Pół brokuła (różyczki)
  • czosnek (2-3 ząbki)
  • 2 łyżki startego imbiru
  • łyżka suszonej kolendy
  • łyżka kminu rzymskiego
  • łyżka curry
  • łyżka kurkumy
  • świeża papryczka chilli (bez pestek)
  • 450 ml bulionu
  • 150 ml mleka kokosowego
  • jogurt naturalny mały
  • łyżka mąki kukurydzianej/ziemniaczanej
  • puszka pomidorów
  • sól i pieprz do smaku, kolendra do podania

Lista składników wygląda imponująco, ale całe danie gotuje się w jednym garnku (polecam wok, najlepiej w nim się miesza..)

Na rozgrzanym oleju (oryginalnie: ghee) podsmażyłam pokrojoną cebulę i kalafior - ok. 3 minuty na średnim ogniu. Następnie dodałam posiekany czosnek, imbir, chilli oraz wszystkie przyprawy i podsmażyłam razem dalszą minutę. 

Następnie dodałam marchewkę, papryki, bulion (w którym namoczyłam dodatkowo liście curry) i pomidory z puszki. Kiedy całość się zagotowała - przykryłam i zostawiłam do bulgotania przez 20 minut. Mniej więcej. Kluczowym wyznacznikiem był moment, kiedy stwierdziłam, że i marchewka, i kalafior są już podgotowane. Dodałam wtedy na 5 minut brokuły i cukinię. Kiedy cukinia zmiękła, dolałam do garnka miksturę z mąki, jogurtu i mleka kokosowego. Po ponownym zagotowaniu sos przyjemnie się zagęścił. Trochę soli i gotowe!

 



Podano z brązowym ryżem.

Uwagi:

  • imbir - suszony też może być. W końcu hinduskie curry oparte są na suszonych przyprawach, w przeciwieństwie do tajskich.
  • chilli - jeżeli nie macie w lodówce świeżego, sambal oelek (pasta z chilli) spełni to zadanie wyśmienicie. A łatwiej ją przechować.
  • jogurt - zwiększcie proporcje, jeżeli przesadzicie z chilli :) ja lubię ostrawe potrawy, ale dla niektórych kopiasta łyżka sambal oelek może okazać się zbyt dużą dawką.

Smacznego!

1 ... 11 , 12
 
Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarnej blogosfery